Autorska Witryna Marty

Dom

      Niebo wisiało nad nim jak gładki, czarny aksamit. Wszystko wokół spowijała ciemność, gęsta, ciężka i pachnąca dymem, choć z pewnością nie odbierająca otoczeniu tej szczególnej swobody, jaką się tu czuło od pierwszego razu. W gęstwinie czerni przebijały pojedyncze, prostokątne światła, przytłumione i przesłonięte płótnem w ciepłych, gładkich kolorach. Od czasu do czasu na tle zasłon pojawiały się miękko zarysowane cienie, poruszające się i przesuwające po pokojach. Czasami w niektórych oknach światło gasło i pojawiało się w innych. Parter rozbłyskał refleksami prawie nieustannie, podczas gdy na piętro wchodził ktoś rzadko i krótko przebywał. Znad komina unosił się dym, siwy i równy, kiedy nie wiał wiatr, bił w górę leniwie i powoli, szukając kontaktu z gwiazdami, których tej nocy nie było nawet na lekarstwo. Zapach mrozu i zimy mieszał się z trochę duszącym zapachem szarych smużek dymu.
      Ciszę rozdarł ostry krzyk nietoperza. Nad domem przemknął mały cień, zrobił kilka okrążeń i znikł w ciemności. Wszystko tonęło w cichym, spokojnym śnie, niezakłóconym przez żadne chmurki.
      Po chwili przez podwórko przebiegł bury kocur. W czerni nocy zabłysły jego złoto-zielone oczy. Zatrzymał się na chwilę, rozejrzał, nasłuchiwał, po czym bezszelestnie umknął między krzewy. Każdej nocy przemierzał taką samą drogę, umiejętnie kryjąc się przed oczyma potencjalnych wrogów, uwielbiał przemykać się cichaczem tuż przed oknami domu, nie zwracając niczyjej uwagi, chowając się po kątach i cichutko przebiegając przez drogę. W dzień bywał znudzony, jedyną rozrywkę stanowiło bowiem polowanie na wróble, których mnóstwo siedziało w krzewach, dopiero nocą można było wyjść. Noc wyzwalała w nim naturę drapieżcy, groźnego, cichego i nieuchwytnego. Nocą mógł wszystko.
      Zza chmur na chwilę wyjrzał księżyc. Wiatr ucichł i zapadła cisza.
      Trevor stał na działce, na której nigdy nie widział żadnych drzew ani kwiatów. Właściwie nie bardzo go to obchodziło, po prostu akurat tędy przejeżdżał i zatrzymał się, by dolać do baku paliwa. Jego uwagę przykuło światło padające z okna piwnicy. Myślał, że takie domy nie posiadają podpiwniczenia, więc prowadzony ciekawością, wszedł na działkę. Dom nie był ogrodzony, ale to akurat w ogóle go nie zdziwiło; kto by chciał się wkradać na podwórko na takim pustkowiu? Nawet on nieczęsto tędy jeździł. Korzystał z tej drogi tylko wtedy, kiedy było późno i chciał trochę nadrobić czasu.
      Wysiadł z samochodu i wszedł na podwórko. Starał się zachowywać cicho, żeby broń Boże nie zbudzić czujności gospodarza mrocznego domu. Dziwnie tu było, bo nawet owady umilkły, a przecież zazwyczaj słychać je o tej porze roku w każdym miejscu. Podszedł do okienka znajdującego się nisko przy ziemi i zajrzał do środka. To, co ukazało się jego oczom, zmroziło mu krew w żyłach.
      Pomieszczenie było nieduże i zaniedbane. Na środku stała jakaś dziwaczna maszyna z korbką, a tuż przy niej leżał toporek, na jego ostrzu natomiast wyraźnie widoczne były czerwone ślady. Trevor nagle pożałował, że był taki wścibski i oddychając gwałtownie, odwrócił się i oparł plecami o zimny mur. Co go podkusiło? Ponieważ jednak miał naturę reportera i nieźle sobie w tym zawodzie radził, jego umysł zaczął teraz pracować na przyspieszonych obrotach. Gdyby tak sfotografować wnętrze tej dziwacznej piwnicy i opisać ponury dom, byłby z tego całkiem dobry artykuł. No świetnie, szkoda tylko, że nie miał przy sobie aparatu. Pożałował trochę, ale pomyślał, że przecież do domu dojedzie w niecały kwadrans, więc za pół godziny mógłby być z powrotem. Wtedy nagle drzwi domu otworzyły się, a on zamarł w bezruchu.
      Mężczyzna, który pojawił się na progu, miał na sobie długi frak, ze sztywnym, szpiczastym kołnierzem, jak z filmu grozy. Nosił muchę i białą koszulę, a buty takie, jakie wyszły z mody ze trzydzieści lat temu, z białymi noskami. Kiedy padające z domu światło oświetliło jego twarz, Trevor zdębiał. Nigdy jeszcze nie widział, żeby ktoś miał takie oczy. Wąskie, lekko skośne, chyba o ciemnych tęczówkach, o niesłychanie przeszywającym wzroku, świdrującym i drapieżnym, a jednocześnie przejmująco zimnym. Mężczyzna wyciagnął rękę i pociągnął za klamkę. Miał bardzo smukłe i długie palce. Drzwi zamknął cicho, nie kłopocząc się przekręcaniem w zamku klucza, po czym zszedł do garażu. Wyjechał z podwórza, skręcił w stronę przeciwną do tej, z której przyjechał Trevor i po chwili zapadła cisza. Ciekawe, że nie zainteresował go samochód stojący na poboczu...
      Trevor wstał i pobiegł do swojego sedana. W domu był w ciągu dziesięciu minut.
      Nie mógł w nocy spać. Spokoju nie dawała mu jedna myśł, choć odganiał ją jak tylko potrafił. Mężczyzna, którego widział, do złudzenia przypominał mu wampira. Zupełnie takiego, do jakich przywyczaiły nas filmy o hrabim Draculi i jego krewnych. Pewnie zbieg okoliczności, w końcu ludzie są różni i mają prawo ubierać się i zachowywać, jak im się podoba. No dobrze, a ta nieszczęsna piwnica? Różne rzeczy trzyma się w piwnicy... Tak, zakrwawione toporki to norma.... Koło trzeciej nad ranem Trevor podjął decyzję. Jutro znowu pojedzie do tego domu, zrobi zdjęcie piwnicy i obejścia, a potem, niezależnie od tego, czy ma do czynienia z wampirem, wariatem, czy zwykłym człowiekiem, napisze mały artykulik. W końcu ciemny dom z krwawa piwnicą i ich właściciel to niezły materiał.
      Tym razem zaparkował trochę z boku. Tak na wszelki wypadek. Z przygotowanym aparatem i z nerwami napiętymi do granic wytrzymałości, podszedł do piwnicznego okienka.
      - Cholera... - szepnął, bo jak na złość, okienko zasłonięte było jakimiś roletami.
      Co robić? Czekać, czy odjechać stąd i dać sobie święty spokój z tym tematem? Naraz po zasłonie przemknął cień. Trevor wstrzymał oddech i spojrzał w okno. Ktoś, zapewne jego wampir, kręcił się po piwnicy. Przeszedł z prawa na lewo, coś zrzucił, sądząc po dźwięku, po czym wziął do rąk jakiś przedmiot. Trevor usłyszał głuche, niezbyt głośne uderzenie i w tym samym momencie na rolecie pojawiła się plama. Czerwona. Trevor zerwał się z miejsca i popędził do samochodu.
      Siedząc za kierownicą sukcesywnie wyrównywał oddech. Nie ma znaczenia, czy to wampir, czy nie, z pewnością jest mordercą i właśnie kogoś zaszlachtował. Jezu... Co teraz? Czy jechać na policję, czy raczej dać nogę i więcej tu nie wracać? Po cholerę w ogóle się tu wczoraj zatrzymywał?...
      Drzwi domu otworzyły się i tak jak poprzedniego wieczora, wampir zszedł po schodkach do garażu i wyjechał z podwórka. Niewiele myśląc, Trevor ruszył za nim. Trzymając się w pewnej odległości, dojechał za nim do miasta. Śledzony przez niego czarny ford zatrzymał się przy restauracji, a jego właściciel wysiadł i wszedł do środka. Trevor zajrzał przez szybę. Po kilku minutach, tajemniczy mężczyzna pojawił się przy małym, podwyższanym stoliku, przy którym dokonuje się i sprawdza rezerwacje. Wszyscy kelnerzy ubrani byli we fraki i podobnie jak ten, mieli na nogach niemodne dziś buty z białymi noskami. Szczerze mówiąc, jego wampir wcale się tak nie wyróżniał. Jedynie spojrzenie nadal miał przenikliwe, chociaż kiedy przyjmował gości, widać było, że jest grzeczny i miły. Jakiś czas później, kiedy ruch w restauracji trochę się zmniejszył, wampir rozmawiał z jednym z kelnerów i coś mu podając, uśmiechał się. Słoik? Trevor sięgnął po lornetkę, która przezornie miał na tylnym siedzeniu. Tak, słoik z czymś czerwonym, wyglądało na sok wiśniowy, albo coś w tym rodzaju. Pewnie pędził wino. No tak, to by się zgadzało, wino musi swoje odleżeć i pewnie robiło to w piwnicy. Cóż... wyobraźnia potrafi płatać różne figle. W końcu Trevor postanowił przestać robić z siebie idiotę i uznał, że czas wracać. Uśmiechnął się do samego siebie, zrobił kilka zdjęć restauracji tak, by w oknie widać było wampira i dwóch kelnerów, po czym przekręcił kluczyk w stacyjce.
      Następnego dnia zaniósł do redakcji artykuł o tym, jak łatwo jest zrobić z siebie głupka i zamieścił obok fotografię karykaturki diabełka. Wracał do domu z przeświadczeniem, że czasami warto jest pomyśleć, zanim się coś zrobi, bo naprawdę można się nieźle wpakować.
      Zajechał przed kamienicę, w której mieszkał, wyłączył silnik i zabrał z siedzenia obok aparat, plik zdjęć i klucze do domu. Nie zdążył jeszcze obejrzeć fotografii, które dziś rano oddał do wywołania, więc teraz na nie zerknął. Głównie były to wspomnienia z weekendu nad jeziorem spędzonego z Paulą, kilka fotek z urodzin mamy i wczorajsze sprzed restauracji. Wampir, uśmiechnął się Trevor, ale heca... Przejrzał fotki i zatrzymał się przy jednej z nich. Przedstawiała wejście do restauracji, okno i kelnerów wewnątrz, celowo tak je uchwycił, żeby trzech mężczyzn było widocznych razem, łącznie z tym, który napędził mu takiego stracha. Przyjrzał się zdjęciu i naraz zamarł w bezruchu. Jeden z kelnerów wyciągał rękę po słoik zawieszony w powietrzu...
      Wampira na zdjęciu nie było.