Autorska Witryna Marty

Starlight

      Noc była jego sprzymierzeńcem. Dokładnie o północy był gotów. John nieprzypadkowo wybrał sobie właśnie tę noc. Duszną i gorącą, kiedy to budzący się powoli wiatr, początkowo był suchy i pełen dławiącego pyłu. Bardzo dokładnie obmyślił sobie każdy ruch swego doskonałego planu, dopracował go w najdrobniejszym szczególe, przewidział wszelkie ewentualne przeszkody i każdej z nich zapobiegł, zanim zdążyłyby się wydarzyć. Owszem, ryzyko na ogół zawsze istniało, nawet minimalne, ale nie tym razem, nie w jego planie. Nie w jego perfekcyjnym planie. W końcu nie po to tak go szlifował, żeby miał zawieść, zbyt wiele czasu na to poświęcił.
      Z powodzeniem udało mu się ominąć strażnika Strefy 67 i wyjść poza nią. Oczywiście mogło być tak, że strażnik ma wsparcie, ale John doskonale wiedział, że po godzinie dwunastej granic poszczególnych stref pilnował tylko jeden człowiek. Rada nie miała po prostu funduszy na więcej etatów. Idealnie dla jego celów rzecz jasna. Cóż, braki w finansach były na porządku dziennym podczas zatargów Wszechświatów. I nic dziwnego, skoro nie można było wybrać, gdzie się chce być, a wszelkich podróży surowo zakazano. Niektórzy mieli własne środki transportu; małe poduszkowce lub nieduże stateczki na baterie wysokoenergetyczne, ale poruszanie się nimi po przestrzeni innej niż planeta Starlight było zabronione. Dlatego właśnie John musiał się po cichu przemknąć koło strażnika, wejść na parking policji, zwinąć jeden z ich poduszkowców - mieli najszybsze w rejonie - i uciekać tak prędko, by nie wykrył go czujnik radaru na podczerwień. Odczekał kilka minut, upewniając się, że nikt za nim nie idzie, po czym pochylając się nisko nad ziemią, przebiegł na drugą stronę ogrodzenia.
      Powiał wiatr. Nie był to taki sam wiatr, jaki czuł na Ziemi, zanim go przesiedlono, ale podobny pod względem szaleństwa, jakie wyzwalał w ludziach, dlatego i tutaj, podobnie jak na Starej Planecie, nazwano go Sirocco. Dziś wszelkie grzechy zostaną mu przebaczone... Przynajmniej taką miał nadzieję...
      Reflektor strażnicy przesunął się po siatce otaczającej pole parkingowe. John przeczekał. Gdy światło zniknęło, ruszył dalej. Najtrudniej będzie pokonać sieć laserową, która otaczała każdy z poduszkowców. Podkradł się do stojącego najbliżej. Nie były wprawdzie pilnowane, ale gdyby przeciął choć jedną wiązkę, zostałby porażony prądem, który, choć nie zagrażał życiu, paraliżował na kilka godzin, a samo przerwanie promienia włączało alarm na policji, więc ściagnąłby tym na pole kilkudziesięciu funkcjonariuszy i jego plan wzięliby wszyscy diabli. Oczywiście nie mógł tak ryzykować. Miał jednak wystarczająco dużo czasu, by przez lata przesiedlenia, dokładnie przestudiować układ wiązek lasera i teraz tę wiedzę wykorzystać. Ostrożnie podsunął pod czerwone paski lusterko i pozaginał kilka promieni tak, że bez problemu dostał się do statku. Tutaj wyłączył laser, wspiął się po schodkach do kabiny pilota i usiadł w wygodnym fotelu. Spojrzał na zegarek: zostało mu 18 minut, czyli akurat tyle, by odpalić, wystartować, minąć granice zony i dostać się poza obszar Starlight. Spojrzał na tablicę pełną przycisków i małych monitorków i kiedy chciał wydać ustną komendę rozpoczynająca sekwencję startu, w oknach budynku komendy zapaliło się światło. John schylił głowę i czekał przez chwilę. Światło jednak nie gasło. W końcu zaczął się denerwować i coraz częściej spoglądać na zegarek. Miał jeszcze tylko 12 minut... Jeśli potrwa to dłużej, nie zdąży wystartować i cały jego plan weźmie w łeb. Cholera, tyle miesięcy przygotowań, tyle czytania i studiowania planów planety, rysunków pojazdów, opracowywania ładunków. I co? Po co to wszystko? Po to, by teraz wszystko przepadło? Najgorsze, że nie mógł już cofnąć czasu i wyłączyć bomb, które podłożył w różnych miejscach Starlight i które za 12... nie, za 11 minut, zostaną zdalnie zdetonowane. Pożałował, że nie zrobił takich detonatorów, które mógłby odpalić w chwili sobie dogodnej, choćby po wystartowaniu, czy nawet po minięciu atmosfery. Tymczasem teraz, przez własną nieuwagę, musi czekać na eksplozję...
      Przymknął oczy. W myślach ujrzał obrazki swojego życia: dzieciństwo na Ziemi i zabawy z ogromnym, czarnym psem, ogródek, w którym jego matka hodowała bzy pachnące tak zachwycająco, że do dziś ich zapach kojarzył mu się z bezpieczeństwem i matczynym ciepłem... Pierwszym, co uderzyło go po przesiedleniu było to, że na Starlight nie ma żadnej roślinności. Wszystko było sterylne, biało-szare, dopieszczone, sztuczne, co dla niego, wychowanego blisko przyrody, lasu i zwierząt, było po prostu nie do zaakceptowania. Te wszystkie zasady, jakich trzeba było się trzymać, zakaz jedzenia w miejscach publicznych, bo niehigienicznie, nie wolno było trzymać w domu zwierząt (żadnych zresztą na Starlight nie widział przez te 16 lat przesiedlenia), nie można było posiadać rzeczy używanych, wszystkie sztućce tylko jednorazowe, naczynia podobnie, nawet szklanki i kubeczki trzeba było od razu po użyciu wyrzucać do kosza, który automatycznie po wrzuceniu do niego czegokolwiek zamykał się i likwidował śmieci. Jedną z rzeczy, za którymi tęsknił najbardziej, była zwykła woda. Na Starlight nie istniało coś takiego jak kąpiel w wodzie z pianą, jedyną możliwością wykąpania się był prysznic soniczny, czego John szczerze nienawidził, natomiast wodą, której można się było napić, była przefiltrowana kilka razy ciecz, smakująca jak parę razy przegotowana woda, obciążona kamieniem. Z całą pewnością nie był to smak orzeźwiającej, zimnej wody źródlanej, jaką miał przyjemność pić prosto ze strumyka w lesie, przy którym mieszkał na Ziemi...
      Ponownie spojrzał na zegarek: 6 minut. Denerwował się, ale coraz mniej. Pomału zaczynał oswajać się z myślą, że nigdy już nie zobaczy Ziemi, że za chwilę całą planetą targnie silny wstrząs i wszystko na niej popadnie w nicość. Zamknął oczy i przywołał do pamięci te cudne kolory Ziemi; zielonej trawy i drzew, błękitnego nieba, przezroczystej wody, czarnego, miękkiego futra psa...
      Naraz usłyszał czyjś głos. Ostrożnie wyjrzał z poduszkowca i zauważył, że światło w budynku zgasło. Szybko usiadł, zaczerpnął powietrza, wcisnął przycisk uruchamiający silniki i wudał polecenie. Poduszkowce startowały bardzo cicho, więc przy odrobinie szczęścia, powinni go wykryć dopiero w chwili, gdy przekroczy prędkość dopuszczalną, czyli jakieś dwadzieścia jednostek, wtedy pojawi na radarze jako pojazd przekraczający szybkość. Nie zdążą go już wówczas dogonić... Przypiął się pasami, włączył wizjer i spojrzał na ekran. Pojazd unosił się już nad ziemią, więc otworzył zawory paliwa i przesunął dźwignię. Pęd wbił go w poduszkę, jaką miał za plecami i po kilku sekundach mknął już ku niebu.
      Zostały 2 minuty.
      John przełączył aktywizatory mocy na najwyższy stopień i skierowal poduszkowca na granicę zony. Leciał tak szybko, że czuł drobne skurcze żołądka, wiedział już, że go ścigają, bo gdzieś w tyle rozlegał się skowyt policyjnej suki, która wyła zupełnie tak samo jak na Ziemi, tylko donośniej. Byleby dostać się poza płaszcz atmosfery, wtedy wybuch nie zrobi mu krzywdy...
      Minuta.
      Nie mógł lecieć już szybciej, ale nagle poczuł gwałtowne szarpnięcie i obiekty na monitorze przestały śmigać z niewiarygodną prędkością. Otaczały go gwiazdy. Spojrzał na drugi ekran, pokazujący to, co dzieje się za nim. Starlight oddalała się od niego w zastraszającym tempie, aż w końcu bezdźwięcznie zmieniła się w dymiącą i płonącą kulę ognia...
      Płonęła długo, potem przygasła i była tylko szarym, już całkowicie niesterylnym kłębem dymu. John uspokoił bijące mocno serce, odetchnął i wprowadził do komputera pokładowego współrzędne Ziemi. Komputer wyświetlił na monitorze przepiękną błękitną planetę, z krążącym wokół niej Księżycem i satelitą nadającym wiadomości z Marsa, ziemskiej kolonii. Błękitna planeta, ze źródlana wodą, zieloną trawą, drzewami i niebieskim niebem.
      John uśmiechnął się do siebie.