Autorska Witryna Marty

Elf

     Nie wiem, gdzie jestem... Nie rozumiem, co się stało... W jednej chwili wszystko się wokół zmieniło... Pamiętam, że stałam na polanie i patrzyłam na wschodzące słońce; tak pięknie i majestatycznie wyłaniało się zza chmur, uśmiechało się leciutko jak małe dziecko do matki, było świeże jak rosa i jasne jak radość. Widziałam rozchylające się pąki kwiatów, które obudzone ciepłym promieniem, otwierały oczy. Słyszałam piosenki ptaków, które wyśpiewując szczęście i pochwałę poranka, latały dookoła i ćwierkanie polnych koników strojących swe skrzypce. Widziałam motyle strzepujące z delikatnych skrzydeł kropelki rosy, czułam na twarzy powiew wiatru tak lekkiego, że tylko muskał mi policzki, w powietrzu unosił się zapach kwitnących ziół; bazylii, tymianku i mięty. Wszystko wokół połyskiwało, zdawało się unosić nad ziemią, płynąć we mgle powstającej znad wilgotnej, żyznej ziemi. I kiedy tak upajałam się pięknem, które wokół mnie rozkwitało, kiedy poczułam się pijana dźwiękami i odurzona zapachami, nagle dostrzegłam dziwnie skrzącego się motyla o niebiesko-liliowych skrzydełkach... Leciał prosto w moją stronę, podrygując, jak to zwykle czynią motyle, sprawiając wrażenie, że ktoś pociąga na górze za jedwabną nitkę... Nie ominął mnie, ale musnął moją twarz i włosy, a ja odruchowo przymknęłam na chwilę oczy. Kiedy je otworzyłam, wszystko było inaczej...
      Wokół wyrosły drzewa, wysokie i silne, o grubych pniach i gęstych koronach, z których na ziemię sypały się barwne drobiny pyłków kwiatów strącanych przez pracowite pszczoły. Obok pojawiła się rzeczka, mała i wąska, przez którą teraz próbowała się przeprawić mrówka. Wszystko wyglądało tak niesamowicie pięknie, tak... dziwnie.
      Co się stało? I dlaczego ta mrówka jest taka wielka? Chyba przysnęłam na tej nasączonej rosą trawie... W górze rozległ się warkot. Samolot? Nad tą malowniczą polaną? Ale chyba jednak tak... Uniosłam głowę. Warkot dobiegał chyba stamtąd... O, właśnie. To nie samolot. To olbrzymi trzmiel mający chyba z metr długości i skrzydła, od powiewu których poplątały mi się włosy. Ale jak to możliwe? Nic nie rozumiem... Zrobiłam kilka kroków przed siebie, w las. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to nie las, a kwiaty. Te same, których rozwijające się w promieniach porannego słońca płatki, podziwiałam kilka minut temu. Sen. Tak, to musi być sen... Jaki wspaniały...
      Błądziłam wśród traw kołyszących się ciężko na wietrze, stawiałam bose stopy na wigotnej, pachnącej życiem ziemi, dotykałam wszystkich kolorów tęczy, oprószał mnie srebrzysty pył osypujący się ze skrzydeł motyli, pszczoły gubiły drobinki kwiatowego nektaru... Szept strumyka zamienił się w szemranie... Na brzegu przysiadła zielona rzekotka i patrząc na mnie, przez chwilę pozostała nieruchomo. Chciałam jej dotknąć i wyciągnęłam rękę, ale zlękła się i jednym długim skokiem zanurkowała w przejrzystej wodzie. Po powierzchni przemknął nartnik, szybko i bezszelestnie, na liściu ponad wodą odpoczywała ważka. Mieniła się w słońcu zielenią i błękitem, ogrzewała delikatne skrzydła w ciepłych promieniach, jak ogrzewa się ręce przy ognisku w chłodne wieczory. Gdzieś w górze odezwał się z całą mocą skowronek. Donośna siła tak małego gardła wywoływała dreszcze upojenia, śpiewał tak cudnie, jakby miała być to ostatnia piosenka w jego życiu, jakby od tej jednej melodii zależały losy całego świata. Nuty unosiły się wysoko w górę, a potem opadały na trawę, tuż obok mnie, osiadały na mchu i na liściach, przyczepiały się do płatków kolorowych kwiatów, a potem znowu szybowały w górę...
      Niebo wydało mi się strasznie wysokie, jakby ktoś pociągnął błękitną płachtę wyżej i rozciągnął ją nad ziemią siedząc nad chmurami. Dziwne to wszystko... O, leci motyl. Znowu taki duży. I piękny. Nadal nic nie rozumiem, ale magia dzisiejszego poranka sprawiła, że przestałam się nagle bać. Motyl zatrzepotał skrzydłami i usiadł na jednym z kwiatów na łące, tuż nade mną. W jaki sposób kwiaty znalazły się nad moją głową? Cóż to, skurczyłam się? To śmieszne... Ale nie, naprawdę wszystko wokół wydawało się wielkie i nieznajome, groźne właściwie... Odruchowo chciałam odgarnąć włosy z twarzy i... nie pamiętam, żebym miała jasne pukle! Co to wszystko znaczy? Spojrzałam na swoje dłonie i nagle, pchnięta dziwacznym niepokojem, sięgnęłam za siebie. W miejscu, gdzie czasem nosi się plecak miałam... cienkie jak bibułka skrzydła... "Umarłam i jestem aniołem", przyszło mi do głowy. Ale nie, nie umarłam. Powiedziało mi to spojrzenie motyla, który teraz patrzył na mnie z sąsiedniego liścia. I wtedy już wiedziałam. Nic się tak naprawdę nie zmieniło wokół mnie, wszystko było takie samo jak zawsze, to ja się zmieniłam...
      Mój Boże... Jestem elfem...