Autorska Witryna Marty

Iskra

      Podeszła do ławki. Była przykryta zeschłymi liśćmi mieniącymi się wszystkimi barwami brązów, czerwieni, złota i pomarańczy. Jesień zawsze przystrajała park w kolorowe sukienki. Własnie to tak bardzo jej się podobało. Te wszystkie listki wydające takie szemrzące, sympatyczne odgłosy, kiedy ich okruszki osypywały się na alejkę.
      Pod ławeczką leżało mnóstwo kasztanów. Błyszczały w ostatnich promieniach słońca jak klejnoty. Uwielbiała kasztany, były takie okrąglutkie i gładkie, tak łatwo toczyły się po trawie, ginęły w źdźbłach, w zieleni delikatnych listków, turlały się po miękkiej ziemi. Niektóre odziane jeszcze w swe zielonkawe płaszczyki, kłuły kolcami z każdej z czterech stron, broniły się przed ludźmi i zwierzętami, skrywając w środku rude, świeżutkie, delikatne jąderko. Bardzo lubiła się bawić kasztanami; zbierała je i układała w kupki, po kilka sztuk. A obok kładła żołędzie, nagie i w czapeczkach, z ogonkami i z listkami, duże i małe, różne. Mnóstwo owoców jesieni. Zupełnie jak szlachetne kamienie. Przynajmniej ona zawsze twierdziła, że są klejnotami. Pamiętała, że jej matka tak je zazwyczaj nazywała.
      Przeszła na druga stronę i przystanęła na trawie. Pomiędzy wątłymi źdźbłami dostrzegła błysk. Schyliła się i podniosła jakieś srebrne kółko. Obróciła je w palcach, ale nie było w nim nic ciekawego; zrobione z zimnego metalu, nieładne, nie miało w sobie ani słonecznego ciepła kasztanów, ani nie wydawało przyjemnych dźwięków jak liście, ani nawet nie pachniało jak trawa. Żadnego z tego pożytku.
      Wyrzuciła kolczyk i podeszła do drzewa. Objęła rękami chropowatą korę, spojrzała w niebo i szybko, bardzo szybko, niczym iskra, wbiegła na górę, nakrywając się rudą kitą, jak to zazwyczaj czynią wszystkie wiewiórki.