Autorska Witryna Marty

Sto cztery

     Obserwowałem ją przez dłuższą chwilę. Była młoda, wysoka i dość zgrabna, choć jej sylwetka okryta była teraz długim, zimowym płaszczem. Miała krótko ostrzyżone włosy, z których kilka kosmyków wysuwało się spod zielonego jak zeschła trawa beretu. Na pierwszy rzut oka wyglądała na kogoś, kto dobrze się z samym sobą czuje, raczej pogodna twarz; beztroskie spojrzenie... Tylko jej gesty były pozbawione najmniejszej nawet energii, smutne, żeby nie powiedzieć - flegmatyczne. Było w nich coś, co kazało mi myśleć, że w jej życiu wydarzyła się jakaś tragedia. Pewnie dlatego, że kiedy siadała na ławce, a zawsze przysiadała przy tym samym świerku, robiła to tak, jakby śledziło się taśmę filmu na zwolnionych obrotach, jakby miała nie trzydzieści, a sześćdziesiąt lat. Zresztą być może się mylę... Zwykła siadać na kilka minut, odpoczywała chwilę, czasami rzuciła kilka okruchów bułki wróblom, które kręciły się w pobliżu i skakały po ścieżce, czasem wsuwała ręce do kieszeni płaszcza i patrzyła przed siebie. Nie zostawała długo. Przeważnie wstawała po dziesięciu, czy piętnastu minutach i wolnym, starczym krokiem odchodziła w kierunku alei oświetlonej wysokimi latarniami.
      Wróble zostawały. Zawsze zostawały, wyjadały okruchy, rywalizując, komu trafi się lepszy i większy kąsek. Darły się przy tym niemiłosiernie. Bywało, że ich zapędy ukrócała jakaś kawka, czy wrona, wyjadając to, co najlepsze. Wtedy wróble wrzeszczały jeszcze głośniej. Właściwie przywykłem do ich obecności i nie przeszkadzały mi tak bardzo. Cóż, nawet lubiłem je obserwować, śledzić ich dzikie harce, patrzeć, jak się kłócą i jak potem szybko uciekają, kiedy w stronę ich stadka biegnie czyjś pies.
      No tak, psy... Nie powiem, lubię je, są ciekawskie, sympatyczne i przyjacielskie. Denerwuje mnie w nich jedynie to, że wszystko gryzą, ale widocznie ich właścicielom to nie przeszkadza, skoro trzymają je w swoich domach. Osobiście wolę koty, ale to oczywiście kwestia gustu. Każdy ma własne upodobania; ja także. Przyjemnie jest przyglądać się, jak pies co sił biegnie po rzuconą przed chwilą piłkę, czy patyk i robi to tak szybko, że wiatr rozwiewa mu uszy, aż dziw, że nie pogubi łap. Chwyta potem piłkę w zęby i czym prędzej wraca do pana, by dostać swą zasłużoną porcję głaskań, pieszczot i czułych słówek. A łasi się przy tym do nóg pana, jakby ten był jego osobistym bogiem na ziemi. Właściwie... cóż, chyba jest. Psy się ponoć niesamowicie do człowieka przywiązują. O, właśnie teraz nadbiegł pies i oglądając się do tyłu, podreptał pod drzewo, by je skrupulatnie obwąchać. Wszystko wąchają, podobno w taki właśnie sposób poznają świat.
      Przytulny ten kącik. Drewniana ławeczka pokryta cieniutką warstewką śniegu wygląda na starą, choć nie ma pewnie więcej niż dwa, czy trzy lata. Nie pamiętam. Przez ten czas siadywało tu mnóstwo ludzi. Pewnie dlatego, że kącik, w jakim ją postawiono zachęcał do odpoczynku. Otoczona z trzech stron niskimi, drewnianymi palikami, na których teraz spoczywały śnieżne czapeczki, i niewysokimi krzewami, gołymi w czasie zimy, ale gęstymi i okrytymi puchem. Tuż za płotkiem rósł świerczek, przykryty majestatycznie chłodną kołderką, a z tyłu, ściana wysokich drzew chroniła przez wiatrem. Z lewej strony ławeczki stała smukła latarnia, w bardzo starym stylu, o wzorze, jaki dominował w XIX stuleciu, z daszkiem i szybkami. Nawet latem, późnym wieczorem, można więc było przysiąść w kątku, na ławce, i zagłębić się w lekturze ciekawej książki przy świetle bardzo starej latarni. Być może była to latarnia z baśni Andersena? Kto wiedział? Niestety nie pamiętałem, czy była tam zawsze, ale może początkowo, kiedy jest się bardzo młodym, nie zwraca się uwagi na takie rzeczy. Andersen potrafił pięknie pisać... Pamiętam, jak kiedyś na ławce przysiadła starsza pani z wnuczką i czytała jej na głos baśnie. Mała była zachwycona, przyznaję, że ja również... Do dziś pamiętam, jak żal było mi słowika, który umarł w klatce, bez wody, nie potrafiąc żyć w więzieniu, zamknięty, z dala od ciepłego słońca, od pachnącego wiatru, gęstych drzew i błękitnego nieba. Wzruszyłem się śmiercią stokrotki, która wyrzucona na zakurzoną ścieżkę, uschła w samotności. Ujął mnie słowik z innej historii, który śpiewał, by uratować chińskiego cesarza przed śmiercią, Gerda, która ratowała swego młodszego braciszka porwanego przez Królową Śniegu i oczywiście baśń o starej latarni... Takiej samej, jak ta, którą codziennie widywałem. To dzięki niej w kąciku panował taki wzniosły i miły nastrój. Roztaczała wokół ciepłe światło, wiosną przyciągając delikatne ćmy, które zahipnotyzowane uderzały skrzydełkami o szyby, zostawiając na nich okruszki pyłku, opadającego potem w dół i mieniącego się srebrem. Uwielbiałem patrzeć na nie, kiedy tak leciały do światła, a kiedy kończyła się noc i latarnia gasła, odlatywały zawstydzone, by wieczorem wrócić do niej znowu. Zimą troszkę mi ich brakowało, ale wynagradzała mi to stokroć atmosfera tego miejsca. Nie wiem, jak inni postrzegają wigilię i święta, ale tu nigdy nie były one zwyczajne...
      Nocą, kiedy już nikt nie patrzył, przychodziły zwierzęta. Mówi się, że w noc wigilijną potrafią one rozmawiać z ludźmi. Nie doświadczyłem tego, ale widziałem, jak sarna, wilk, ryś, mysz polna i zając siedziały obok siebie i patrzyły w górę, na okryty białym, srebrzystym puchem świerk, otoczony złotą poświatą światła latarni. Patrzyły bez wrogości, bez nienawiści, bez żadnych objawów gniewu. I nie wiem, jacy bogowie czuwają nad zwierzętami, jednak tej nocy czuwają i pilnują tego, by tak jak niegdyś, za czasów pierwszych lat istnienia świata, żyły one w pokoju i przyjaźni. Zgromadzone wokół choinki, wpatrzone w jej gałązki uginające się pod ciężarem śniegu, razem, jak bracia, jak istoty jednego gatunku, złączone mistyką tej jedynej tak niezwykłej nocy w roku. I nikt mi nie wmówi, że ta noc jest taka sama, jak inne noce. Ja wiem swoje. To coś, co wisi wtedy w powietrzu, to jakaś tajemnica tego świata. Sądzę, że tak do końca nikt nigdy jej nie pozna, ale to właśnie dzięki temu, dzięki temu osobliwemu misterium, jest ona tak intrygująca. Coś, o czym wiadomo, że nigdy się tego nie pozna... Sam fakt sprawia, że czuję dreszcze.
      A oto i moja stara znajoma. Ruda, płochliwa wiewiórka. No akurat ode mnie nie ucieka, bo mnie doskonale zna, ale przed innymi woli się schować. Bystra, szybka, wesoła... Miło się patrzy, gdy jak fryga wspina się po pniach drzew, szuka zapasów na zimę, biega to tu, to tam, próbując przypomnieć sobie, gdzie to ostatnio zakopała orzech. Jest bardzo zabawna i uwielbiam się jej przyglądać. Zawsze potrafi mnie rozweselić. Mam jeszcze jedną taką znajomą, ale trzeba wykazać się nie lada cierpliwością, by ją zobaczyć. Na szczęście akurat tę cechę posiadam, jestem niesłychanie cierpliwy, dlatego też, zwłaszcza zimą, podchodzi do mnie ONA. Cudo po prostu, nie da się inaczej określić, gibka, czarnooka, zgrabna, smukła. Jednym słowem: piękna. Sarna. Niedaleko leśniczy stawia paśnik, dlatego tak często ją widuję. Kiedy troszkę skubnie siana, przechadza się ścieżką niedaleko. Dziwiło mnie to z początku, bo przecież bywają tu ludzie i to nawet nie tak rzadko, ale potem zorientowałem się, że sarna przychodzi tu tylko wtedy, kiedy aleja i park są puste, albo późnym wieczorem, albo bardzo wcześnie rano, zanim wzejdzie słońce. Prześliczne cudo natury...
      Na niebo wzeszedł księżyc. Nabrał złotej barwy, nie był już taki blady jak wczoraj i teraz, podobnie jak ja, przyglądał się małym, ciężkim obłoczkom, z których lada moment posypie się śnieg. Zrobiło się mroźno. Mężczyzna, który najwyraźniej śpieszył się do domu i skręcił w parkową alejkę, miał nos czerwony od mrozu i tak samo czerwone uszy. A gdzie czapka? Pewnie nie miał czasu, być może miał za dużo pracy i po prostu nie zdążył jej założyć. Trzymał klapy zimowego kożucha, żeby wiatr mu za bardzo nie dokuczał, szalika też nie miał. A może zepsuł mu się samochód i dlatego tak się śpieszy? Pewnie mieszka gdzieś w pobliżu. Minął mnie tak szybko, jak szybko pojawił się na ścieżce i wkrótce zniknął za zakrętem. Ławeczka stała pusta. Cóż, zima nie sprzyja temu, by ktoś na niej przysiadł. Chociaż nie... Jednak ktoś się w pobliżu pojawił. Duży, siwobury, puchaty, o miękkich uszkach i dużych, okrągłych łapkach. Oczy miał barwy miodu, przenikliwe i z pewnością mądre, nosek wilgotny, a wyraz pyszczka trochę znudzony, choć czujny. Po raz pierwszy miałem okazję przyjrzeć się z bliska żbikowi. A ten, jakby w ogóle mnie nie zauważał, z gracją wskoczył na ławkę i przysiadł na niej na chwilę. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu, że jest pokryta warstwą zimnego puchu. Na pierwszy rzut oka przypominał właściwie zwykłego, domowego kota, tylko był nieco większy. No i miał z całą pewnością inne spojrzenie. To było spojrzenie dzikiego zwierzęcia, nie różniące się absolutnie niczym od spojrzenia lwa, czy tygrysa. Kot to kot, pomyślałem, nie ma znaczenia, czy duży, czy mały, każdy ma taki sam, dziki charakter. Niewątpliwie był bardzo pięknym okazem swego gatunku, przy tym świetnie przystosowanym do życia na śniegu. Podobał mi się, razem z tym swoim spojrzeniem władcy. Tak samo pewnie spoglądał na swych podwładnych Ramzes II za czasów egipskiej świetności. Coś w tym jednak jest, skoro kot w Egipcie został uznany za zwierzę święte...
      Żbik przeciągnął się i prychnął, kiedy na nos spadł mu płatek śniegu. Po chwili wstał i zeskoczył z ławki, śnieg zrobił się gęsty i kot pomału, bez najmniejszego pośpiechu, powędrował w głąb parku. I tyle go widziałem. Ciekawe, czy jeszcze wróci...
      Wygląda na to, że tej nocy nikt mnie już nie odwiedzi. Zrobiło się pusto i zimno, mróz daje się ostro we znaki, ale wiatr przycichł i płatki śniegu lecą teraz z nieba jak piórka. Powoli i delikatnie, wirują w powietrzu, po czym wdzięcznie i leciutko osiadają na drzewach, krzewach, palikach płotku, ławce, na latarni i na majestatycznym świerku, który co roku jest wyższy. Co za uroczy widok... Mógłbym tak patrzeć godzinami. I patrzę. Nie mam zresztą niczego innego do roboty, a w ciągu tych swoich stu czterech lata życia już trochę widziałem. Chociaż mam nadzieję, że jeszcze niejedno zobaczę, a przyroda mnie niejednokrotnie zaskoczy. W końcu sto cztery lata, to jak na dąb, wcale nie tak wiele...