Autorska Witryna Marty

Pierwszy stopień

     Wyglądały całkiem zwyczajnie. Dębowe, duże, zdobione rzeźbieniami, jaki modne były kilkadziesiąt lat temu, z mosiężną, ciężką klamką w kształcie kuli. Nigdy nie przyszłoby mu na myśl, że są niezwykłe, czy że prowadzą do jakiegoś innego świata. Cóż, nigdy nawet nie przypuszczał, że gdzieś tam istnieje jakiś inny świat, a już na pewno nie pomyślałby, że istnieje za drzwiami w jego piwnicy. Mieszkał w tym domu od urodzenia i dopiero teraz, przy okazji wielkich porządków, natrafił na drzwi w ścianie. I oczywiście przekręcił klamkę. To, co odkrył po drugiej stronie przeraziło go i zachwyciło jednocześnie. Postanowił zabrać parę rzeczy i wybrać się na zwiedzenie tego, co tyle lat pozostawało w ukryciu. I koniecznie chciał to zrobić jeszcze tej nocy.
      Było zimno i mżył deszcz, kiedy zamknął okno swojej sypialni i zarzucił na ramiona plecak. Niebo przesłonięte ciemnymi chmurami sprawiało wrażenie zagniewanego, ale on nie zwrócił na nie tego wieczora uwagi. Jego myśli, zaprzątnięte tym czymś za drzwiami w piwnicy, całkowicie pochłaniało pytanie, czy odnalazł portal do innej rzeczywistości? Czy to, co ujrzał, było ucieleśnieniem zła, czy raczej dobra? Było prawdziwe, czy też doznał pewnego rodzaju halucynacji? Musiał się tego dowiedzieć.
      Przyczepił latarkę do pasa, zamknął drzwi pokoju i zszedł po schodach na dół, do piwnicy. Była zagracona niepotrzebnymi nikomu rupieciami, starymi meblami, kartonami pełnymi jakichś drobiazgów, tkaninami, firanami i belkami, które już dawno powinny były wylądować na śmietniku.
      Obszedł dookoła stertę starych gazet i czasopism, po czym stanąwszy przed tajemniczymi drzwiami, położył dłoń na gałce i przekręcił ją. Jego oczom ukazała się karmazynowa zasłona, którą widział już przedtem. Przesunął ją i wszedł dalej. Przez chwilę posuwał się naprzód ciemnym, mrocznym korytarzem, aż dotarł do kolejnych drzwi. Otworzył je.
      Pokój wyglądał tak, jakby ktoś parę minut temu go posprzątał. Na meblach nie znać było ani kłaczka kurzu, ani nawet jednego paproszka na dywanie, a porcelanowe figurki na komodach stały w równym rządku. Wyjrzał przez okno. Widok na dole przypominał mu jego ogród, ale klomby kwiatów ustawione były w miejscach, gdzie u niego kwitły krzewy bzu. Podobnie jak u niego, posesję otaczał wysoki parkan zdobiony małymi wieżyczkami. Ciekawostka, pomyślał, wieżyczki absolutnie nie pasowały do całości ogrodu ani tutaj, ani u niego w domu... Swoją drogą, kto mógł mieszkać w tym domu po drugiej stronie? Podszedł do schodów i zerknął w dół. Najwyraźniej wszystkie domy w okolicy budowano podobnie, bo nieduży przedpokój na dole też przypominał mu jego własny. Zszedł po stopniach, wyszedł na podwórko i tutaj doznał małego szoku. To podwórko nie przypominało już jego podwórka, to BYŁO jego własne podwórko, na którym jeszcze dziś rano grabił opadłe liście...
      Odetchnął głęboko. Czy bariera, jaką stanowiły piwniczne drzwi, zaprowadziła go do tego samego domu, ale w innym wymiarze? W innym czasie? Czy spotka tu samego siebie? A może to jakieś złe odbicie jego ego? Po krótkim namyśle stwierdził, że lepiej będzie wracać, zamurować te dziwaczne drzwi i zapomnieć o nich.
      Zrobił krok w kierunku wejścia, kiedy naraz jego uwagę przykuła pewna nieprawidłowość. Świeciło słońce, było ciepło, a na niebo nie wypłynęła nawet jedna chmurka. Po lewej stronie znajdował się sad, pełen kwitnących drzew. Dlaczego więc wokół panowała tak nieznośna cisza? Gdzie podziały się pszczoły, których zazwyczaj przy jabłoniach i wiśniach uwijają się tysiące. Gdzie są ptaki? Gdzie motyle? Okolica wyglądała na wymarłą, chociaż rośliny aż uginały się od słodkiego nektaru, a kwiaty zachwycały oczy setkami kolorów. Tymczasem dookoła było tak cicho, że słyszał jedynie bicie własnego serca i swój oddech i w tych dziwacznych okolicznościach oba te dźwięki przyprawiały go o dreszcze. Postanowił wyjść na ścieżkę, by zobaczyć, jak wygląda okolica dalej i czy są w pobliżu jakieś inne domy.
      Ścieżka wyglądała normalnie, ale nadal nie było widać śladu żywego stworzenia. Gdy minął już drzewka owocowe i parkan, jego oczom ukazała się... pustynia. Złota, przysypana drobnym piaskiem daleko jak wzrok sięgał, bez śladu zielonego liścia i żadnej najmniejszej nawet oazy. Po prostu pustynna, olbrzymia przestrzeń. W jaki sposób? Jak to możliwe? I co to za świat? Wiele by dał, żeby dowiedzieć się, w jakim to miejscu się znalazł. Dwa kroki stąd kwitły owocowe drzewa, a tutaj tylko piach? Nie chciał zostać w tym okropnym świecie ani minuty dłużej, postanowił wracać, wyprowadzić się do innego miasta i zapomnieć o drzwiach, które znalazł w swojej piwnicy.
      Odwrócił się i zamarł w bezruchu... Przed jego oczyma również rozciągała się pustynia... Ale jak? Przecież przyszedł stamtąd! Właśnie stamtąd! Tam było zielono, rosły drzewa, kwitły kwiaty... A może ma halucynacje? Albo śpi i to wszystko to tylko sen. Tak, na pewno śni mu się to i zaraz się obudzi. Człowiek zawsze się budzi, kiedy sen robi się coraz bardziej głupi i irracjonalny. Na pewno się zaraz obudzi... za chwilę... za parę minut...
      Cholera... Wcale się nie budzi... Co się dzieje? W którą stronę powinien iść? Rozejrzał się wokół, ale poza żółtym piaskiem, nie zobaczył niczego więcej. Serce poczęło bić mu mocniej z przestrachu. Próbując uspokoić rozkołatane nerwy, zrobił kilka kroków przed siebie, ale szło się okropnie, stopy grzęzły w sypkim piasku i zrobiło się nieznośnie gorąco. Zsunął z ramion plecak i zdjął kurtkę, po czym przewiązawszy ją w pasie, poszukał w plecaku bidona z wodą. Upił trzy duże łyki, otarł pot z czoła i zastanawiając się, co robić dalej, zarzucił plecak z powrotem na plecy. Dokąd iść? W którą stronę, skoro wszędzie wokół pustynia. Zaczął iść w stronę, z której przyszedł, ale po paru godzinach był wypompowany i zaczął mieć omamy. Widział oazę z zielonymi palmami i wodą, ale kiedy do niej dochodził, znikała. Najgorsze było to, że dzień wcale się nie kończył, a słońce jak przypiekało, tak przypiekało nadal niemiłosiernym skwarem przyprawiając o mdłości i o zwidy. W końcu padł na kolana i ciężko dysząc przymknął oczy. Osunął się na rozgrzany piasek i nie wiedząc nawet kiedy, stracił świadomość. Ocknął się w chwili, kiedy poczuł nieznośne zimno. Otworzył oczy i pierwszym, co zobaczył, była ciemność, a raczej, jak się dopiero po chwili zorientował, niebo. Czarne, z dziwnie ułożonymi gwiazdami. Chciał się rozejrzeć, ale przejmujące zimno spowodowało, że zdrętwiały mu ramiona i kark. Chciał je rozetrzeć, ale palce miał prawie zmrożone. Przestraszony spojrzał na horyzont i ze zdziwieniem spostrzegł, że załamuje się on w dziwny sposób. Udało mu się podczołgać do przodu i ujrzał w dole... Ziemię. Boże, jestem na Księżycu, pomyślał. Ale jak?... Mniejsza z tym jak, o ile dobrze pamiętał, temperatura nocą na Księżycu wynosiła jakieś siedemdziesiąt stopni poniżej zera, żaden człowiek nie wytrzyma w takiej temperaturze. No tak, to dlatego czuje, że wszystko mu drętwieje... Kurczę, szkoda, że nie dowie się, co to były za drzwi... I co to za świat...
      Zanim zatracił świadomość na zawsze, zdążył pomyśleć, że istotnie ciekawość, to pierwszy stopień do piekła...